Autor Wiadomość
Lucek
PostWysłany: Wto 20:53, 15 Gru 2009    Temat postu: Dom & Roland - No Strings Attached LP (2009)

Napisałem taką recenzję dziś z nudów i chociaż nie mam pojęcia jak to się ma do morświna, wrzucam Jeśli ktoś ma zaległości w temacie technicznego drum and bassu, to pewnie za dużo się z tego i tak nie dowie... Ale może Wspólnymi siłami

Japierdole Laughing

Dom & Roland - No Strings Attached LP



1 Dom & Roland - Mind Feeders
2 Dom & Roland Feat. Noisia -Tajitsu
3 Dom & Roland Feat. Amon Tobin - Sylo
4 Dom & Roland - Ice Age
5 Dom & Roland - Mammoth Hunt
6 Dom & Roland - Jungle Beast
7 Dom & Roland Feat. Hive - 1134
8 Dom & Roland Feat. Rob Playford - Alternate Worlds
9 Dom & Roland - Hypnosis
10 Dom & Roland - Odd Job
11 Dom & Roland Feat. Audio - Peace Keeper
12 Dom & Roland - Jedi


Jako, że lubię inteligentny, choć w miarę ciężki drum and bass, i jako, że tego właśnie wraz z upływem czasu znajduję coraz mniej, produkcje podpisane Dom & Roland są jednymi z nielicznych, na które jeszcze czekam. Sytuacja w jakiej znajduje się wspomniany producent dnb jest nad wyraz komfortowa. Lata temu wyrobiony styl sprzedał się świetnie w światku techstepu i raczkującego wtedy jeszcze neuro. Właśnie, raczkujące neuro okazało się iść swoją drogą, przywiązując coraz więcej uwagi do tego, żeby było ciężko, ciężko i jeszcze raz ciężko, a Dom & Roland został przy stylistyce, którą zaprezentował na początku. I nie to, żebym chciał ująć Dominicowi zdolności do rozwoju. Na pewno to co robi Dom & Roland jest mniej eksperymentalne i nowatorskie, jednak jest to bezpieczna ścieżka, na którą może sobie pozwolić ktoś z tak ugruntowaną pozycją w świecie tej muzyki. Można za to zauważyć, że stylistyka z jaką zaczynał Dom & Roland została na No Strings For Attached dopracowana, doszlifowana i produkcje na longplayu wydają się być jej uwspółcześnioną, rozwiniętą do niesamowitego poziomu wersją. No to po kolei. Od początku.

Będzie dość długo, bo uważam, że w przypadku tego LP jest o czym pisać...

Mind Feeders... karmiciele umysłu? Utwór otwiera dość purystyczny syntezator, który wydaje się być raczej nie dokarmiony efektami. I dobrze. Przywodzi na myśl pierwsze techstepowe brzmienia, jakimi rzadko karmi się dzisiejszy dramenbejs. To, że pojawiający się żeński wokal ogranicza się do maniakalnie zapętlonego sampla, krótkiej frazy, nie jest niczym nowym w gatunku, chociaż późniejsze "wokalne" wariacje zaskakują, jak na ironię, znów nawiązaniem do starej szkoły. Tym razem niemalże kojarzą się z pierwszymi happyhardcore'owymi dokonaniami na pierwszej płycie The Prodigy. Wypadałoby powiedzieć jeszcze coś o uderzeniach basu i perkusji. Ten pierwszy jest wręcz klasycznie jak dla Dom & Roland masywny i pompujący, raz na jakiś czas pokazując pazur. Perkusyjnie Dominic Angas jest jednym z producentów dnb, którzy zawsze trzymają wysoki poziom, chociaż tu akurat, o dziwo, wychodzi dość spokojnie, bez tej energii do jakiej można było się już przyzwyczaić. Rzeczywiście mamy tu do czynienia z dość spokojnym bitem. Na pewno w porównaniu do tych wcześniejszych, przesyconych amen breakowymi wstawkami szaleństw.

Kolejny utwór zaczyna się spokojnie, jednak niedługo utrzymuje ten spokojny, atmosferyczny klimacik, bo już po chwili wchodzą silne uderzenia perkusyjne. Rozkręca się tylko na chwilę, żeby dać złapać oddech. Warstwa dźwiękowa tła buduje nieco niepokoju. I kiedy już wydawałoby się, że dźwięki za chwilę zginą w ciszy, wchodzi silny drop. Agresywny bas wysuwający się na pierwszy plan o dziwo nie należy do Noisi, z którą kolaboruje w tym utworze Dom, co słychać po charakterystycznym buczeniu wchodzącym od najniższych częstotliwości w sopranowy przester. Znów robi się nieco spokojniej a utwór rozwija się w jakimś dziwnym kierunku. Wspomniałem na początku o niepokoju? Otóż Dom i Noisia najwidoczniej nie zamierzali tu rozstać się z mroczną atmosferą. Brzmi trochę plemiennie, co jak już wcześniej udowodnił Dom wcale nie wyklucza zimnej, wyrachowanej techniczności.

Sylo to kolejna kolaboracja i kolejny znany i ceniony producent dnb. Współpraca z Doma z Noisią to ciekawy kolab, ale połączenie sił z Amon Tobin to wręcz połączenie sił dwóch legendarnych herosów gatunku. Utwór rozpoczyna brzmienie przywodzące skojarzenia z trąbą, mocno efektowaną z wyeksponowanymi wysokimi częstotliwościami. Wracając do tematu herosów, atmosfera od początku kojarzy się z mitologią. Drop jest dość spokojny, choć znów przepełniony masywnym brzmieniem basu, do którego przyzwyczaił nas Dom. Tym razem mamy do czynienia z nieco bardziej brzęczącą wersją, drapiącym uszy brzęczeniem wspomaganym bardzo głębokim sub basem. Właściwy breakdown brzmi niczym wyjęty z dobrego thrillera. Zasadniczo ciężko byłoby w miarę trafnie nazwać odgłosy, które go wypełniają. Jednak najistotniejszą sprawą w tym utworze jest bit. Oszczędne, purystyczne uderzenia perkusji wymuszają pytanie czy techstep z końca lat dziewięćdziesiątych rzeczywiście się skończył? Słuchając Sylo odpowiedź przestaje być oczywista.

Ice Age to czwarty utwór na płycie i drugi skomponowany przez samego Doma. A słuchając intro można by odnieść wrażenie, że to kolejny kolab. Od kiedy Dom zaczął bawić się samplami skrzypiec? Znów niepokój. Znów klimat jak z horroru. Nahalne, psychopatycznie molestowane skrzypce potrafią stworzyć atmosferę. Trzeba przyznać. I poprzednio mówiłem o powrocie do techstepu? Kiedy w Ice Age wchodzi perkusja okazuje się, że jest jeszcze bardziej techstepowa, niż w poprzednim utworze. Równiutka, oszczędna. Bas jest raczej spokojny, porównując go z poprzednimi utworami. W dropie skrzypce schodzą na drugi plan na rzecz mocno efektowanej trąbki, trochę przywodzącej na myśl jazz z czarno-białych filmów o mafii. Mariaż skrzypek z trąbką robi swoje, gdy nagle okazuje się, że bas coraz bardziej wychodzi z cienia. I co? Koniec.

Mammoth zaczyna się dźwiękiem, który jest albo syntezowany, albo pochodzi od krzyżówki słonia z wielorybem. Chwilę później wchodzi o dwie oktawy wyższa wersja, nachodząc na wcześniejsze pojękiwania. Brzęczyk i kompletnie surrealistyczne dźwięki, jakby pink floyd z pierwszych płyt. I w tę schizofreniczną atmosferę zostaje wrzucony drop. Dość monotonna perkusja, bez rewelacji. Można by odnieść wręcz wrażenie, że bębny są w tym kawałku zrobione na presetach w FL'u, a wiadomo przecież, że Dominic dysponuje większymi możliwościami sprzętowymi. Za to mamy do czynienia z dość dobrym basem, który pływa w górę i w dół na pięciolinii, nieco śmieszny, jakby maczał w nim palce Teebee z Calyxem. No właśnie, to chyba dobra rekomendacja dla basu. Pomysł na kawałek jest w miarę dobry, ale niestety znów opiera się na trąbkach. Może to i fajnie, że Dom próbował na płycie połączyć Techstep z brzmieniami nieco przywodzącymi na myśl Jazz, ale co za dużo to nie zdrowo. Całość ratują jeszcze te psychodeliczne wstawki, o których mówiłem na początku, ale niestety w porównaniu do tego co zapowiada intro, jest raczej ubogo. Spodziewałem się czegoś więcej.

Jungle Beast byłby chyba dokładnie tym samym, co poprzedni kawałek, gdyby nie... No właśnie. Można tu powiedzieć jednocześnie o podążaniu w tym ustalonym przez poprzednie produkcje na płycie, a jednak chyba po raz pierwszy bas zostaje zepchnięty w tło i tam właśnie siedzi. Zamiast niego, szkielet kawałka wraz z perkusją współtworzy syntezowane na czymś tam staccatto. Jeden z dziwniejszych kawałków na płycie, moim zdaniem. I trzeba przyznać, że Dom potrafi trafnie tytułować kawałki, bo pomimo braku samplowanych słoni, małp i tygrysów (tylko ćwierkanie ptaszków, na siłę doszukałbym się słonia), mamy do czynienia z dżunglą. Nie z powrotem do gatunku jungle, ale po prostu z dżunglą. Jak w racjonalny sposób wytłumaczyć to wrażenie? Nie mam pojęcia. O dziwo jednak, zanim zwróciłem uwagę na tytuł kawałka, dokładnie takie nasunęły mi się skojarzenia. Możliwe, że oglądałem kiedyś ten sam film, albo coś w tym stylu. Na uwagę zasługuje jeszcze całkiem dobra wariacja basu z amen breakiem, którą można by określić mianem współczesnego darkstepu w wersji light. No ale to przecież znów eksploatacja starego sprawdzonego schematu Dom & Roland.

1134 to kolejny kolab. Tym razem z Hive, więc nie jest to jakaś wielka nowość. Było. Było. Było. Intro brzmi jak dzwony puszczone od tyłu. Kiedy wchodzi bas znów można doświadczyć uczucia deja vu. Na szczęście jest to kolejny przykład dopieszczenia świetnego pomysłu. Brzmi lepiej, mroczniej i jeszcze bardziej niepokojąco, niż dotychczas. Bas i bit w 1134 jest chyba najbardziej taneczny na całej płycie. Daje mniej więcej podobny efekt do kultowego Orbital - Satan. Warstwa dodatków w tle pozostaje tam, gdzie powinna, czyli w tle. Tu i ówdzie pojawia się wstawka jakiegoś dziwnego brzmienia, trochę samplowanej gadki. Nic specjalnego, ale w tym kawałku jest to zdecydowanie zaletą.

Alternate Worlds, czyli efekt kolaboracji z Robem Playfordem, zaczyna się dźwiękiem o stuprocentowym natężeniu mroku w mroku, z dodatkiem narastających z każdą chwilą uderzeń bębnów. I to dokładnie właśnie bębnów, z plemiennym klimatem typowym dla produkcji Doma. Znów narastające napięcie i niezwykle agresywny drop. Perkusyjnie jest to naprawdę szybki kawałek. Zestawienie go z powolnym basem wychodzi bardzo dobrze. Jest jednocześnie powolnie, płynnie, a jednak szybko i agresywnie. Naprawdę robi wrażenie. Głosy i popiskiwania dodają atmosfery, którą psuje niestety kiepski wg. mnie syntezator potocznie i złośliwie określany mianem "akordeonu". Jeśli w poprzednim utworze robiło się darkstepowo, to tu mamy już do czynienia z kawałkiem, który spokojnie można by dogrywać do setów z Current Value czy Counterstrike.

Hypnosis rozpoczynają atmosferyczne dźwięki nieco dzwoneczkowatego elektrycznego pianina. Do tego rozstrajane pady. Perkusyjnie to już chyba nie jest drum and bass tylko IDM przyspieszony do zawrotnego tempa. No właśnie, gdyby nie typowy dla Doma bas, oraz owe zawrotne tempo, byłby to istny ambient, czy brytyjski IDM. Muszę przyznać, że takiego utworu nie spodziewałem się po tej płycie, tym bardziej że z czasem robiło się już tylko ciężej i bardziej mrocznie. Bardzo udany eksperyment wg. mnie. Myślę, że i Klute by się takiej produkcji nie powstydził. No właśnie. Nigdy bym nie pomyślał, że porównam jakąkolwiek produkcję Dom & Roland do tego, co robi Klute, a że bardzo wysoko cenię sobie obu tych producentów... wielki plus.

Odd job okazuje się być jeszcze bardziej nowatorski. Kontynuuje kierunek w jaki wprowadza płytę poprzedni utwór, czyste eksperymentatorstwo, tym razem przyprawione takim ładunkiem psychodeli, że sam już nie wiem co o tym wszystkim napisać. Pozostanę więc przy zdawkowym określeniu, że jest dziwnie. Basem Dom pokazuje znów, że jest w stanie jeszcze zaskoczyć słuchacza w tym temacie. Ćwierkania, dzwoneczki, piski... w pewnym momencie nawet skrzypienie czegoś skrzypiącego, co być może kiedyś było skrzypcami zanim spadło z dużej wysokości. I masa różnych dziwnych rzeczy. I znów muszę zaprzeczyć temu co napisałem o poprzednim kawałku, bo dopiero tutaj mamy do czynienia z ukazaniem eksperymentatorskich możliwości Doma.

Audio jest zdecydowanie jednym z lepszych producentów ciężkiego dnb ostatniego czasu, także kolab w Peace Keeper może być czymś całkiem ciekawym. Z tym, że intro to znów chyba "zróbmy eksperyment muzyczny". Na szczęście wraz z nadejściem dropu otrzymujemy dokładnie to, czego można by się spodziewać po tak niestandardowej kolaboracji. Ostra jazda w klimacie techno dnb zaprawiona brzmieniami Doma. Dokładnie czegoś takiego oczekiwałem po tym kawałku i cieszę się, że zaskoczyło mnie tu tylko intro. Breakdown jest dość skomplikowany. Trochę basu, trochę bębnów, trochę atmosferycznych dźwięków i... Znów ostra jazda. Czuć duży wkład Audio w ten utwór. Można by nawet powiedzieć, że jest to utwór Audio, do którego Dom dołożył kilka swoich dźwięków basu, gdyby nie uczucie świetnego dopasowania klimatu Peace Keeper do reszty albumu. No może nie aż tak świetnego, ale nie jest to też kawałek z dupy. Tym bardziej, że następnym utworem Dom kontynuuje tę ścieżkę.

Intro w Jedi jest najlepszym przykładem tego jak budować napięcie w kawałku. Najpierw powolne, ciężki uderzenia, jakby bicie serca, czy walenie wielkich młotów. Później został uzyskany efekt przyspieszenia przez płynną zmianę tonacji z bardzo niskiej na wysoką paru obłędnych dźwięków. Wiadomo już, że kawałek za chwilę uderzy potężną siłą. Dorzucenie standardowego reese basu w stylu Dom & Roland potęguje to wrażenie. "Zacinający się głos" i co chwilę "zacinająca się" (dnb ostatnich czasów oddaje ten ukłon w stronę producentów muzyki IDM z Warp Records) perkusja w dropie na przemian z specyficznym "pojękiwaniem" syntezatora czy sampla sprawia wrażenie jednocześnie psychodeli i ostrej sieczki. Jedi to całkiem dobre podsumowanie tego co działo się w ostatnich kawałkach na płycie bo mamy tu i trochę eksperymentowania i trochę poweru.

Trochę skłamałem na początku, mówiąc że Dom & Roland kurczowo trzyma się sprawdzonego schematu. Oczywiście, jest dużo bazowania na wyrobionym standardzie, ale u producenta tej klasy co Dom & Roland jest to całkiem naturalne. I bez tych wszystkich eksperymentów na płycie, byłby to całkiem niezły longplay. Teraz jednak z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest to płyta roku 2009 w dnb. Dawno nie miałem do czynienia z długogrającym CD tej klasy w gatunku.

Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group